poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Historia pewnej milosci...

 Kilka lat temu dziewczyna poznala chlopaka. Ona - dwudziestolatka, studentka, wesola i spontaniczna. On - cztery lata starszy, po dlugim zwiazku, szukajacy stalosci i prawdziwej milosci. Poznali sie i zakochali, choc mijali sie od lat na tym samym osiedlu zagladajac na siebie z ciekawoscia, czasem rzucajac krotkie "czesc".
 Milosc wybuchla i zaskoczyla nie tylko owa pare, ale i otoczenie, ktore po 2 tygodniach dowiedzialo sie, ze sa zareczeni. Pochlonieci uczuciem i namietnoscia wierzyli, ze teraz juz bedzie tak zawsze, na zawsze. Zamieszkali razem, bo nie mogli bez siebie zyc, oddychac, a pocalunki przerywal im przedluzajacy sie i meczacy kaszel chlopaka. Nie mogl on doleczyc sie z grypy i stawal sie coraz bardziej zmeczony.
 Po kilku tygodniach zauwazyli, ze w miejscu, w ktorym uderzyl sie w noge zaczyna rosnac guz. Nie przejmowali sie tym tak bardzo, choc kolano coraz bardziej puchlo i bolalo. Bardziej nie do zniesienia byl  ten nieprzerwany kaszel.
 Dziewczyna i chlopak trwali razem w milosci planujac slub no bo "przeciez ze wszystkim sobie poradzimy, wszystko bedzie dobrze". Zglosili sie w koncu do lekarza i chlopak trafil do szpitala. Przez 2 tygodnie lezal w szpitalu bez sensu, a w tym czasie guz urosl do rozmiarow kokosa. Po tym jak bojazliwi i lekkomyslni lekarze zaproponowali chlopakowi badanie wycinku guza, on wrzasnal na nich: "Albo wycinacie mi go w calosci, albo wypiszcie do domu!" Operacja odbyla sie juz w innym szpitalu, jednym z najlepszych w Polsce.
 Guz wyciety, kaszel dalej trwal. Kaszel, ktory rozrywal serce wszystkich, ktorzy kochali chlopaka, a ktorzy nie mogli patrzec na jego cierpienie. Znowu czekanie, a po dwoch miesiacach (!) wynik. Nowotwor drobnokomorkowy, zlosliwy, z przerzutami do pluc. Rozpacz. Placz. Bezsilnosc. Az w koncu silna wola walki. "No przeciez damy rade! Za kilka miesiecy slub. Wtedy juz bede zdrowy...".
Znowu czekanie i w koncu chemia w klinice. Czerwona. Najsilniejsza. Jedna, druga....az w koncu szosta. Dziewczyna towarzyszyla narzeczonemu, kiedy tylko sie dalo, studiujac jednoczesnie i jakos dajac sobie z tym wszystkim rade. "Dlaczego nie odwolacie slubu?" - pukali sie w czolo wszyscy. "Dlaczego mielibysmy odwolywac?" - pukala sie w czolo para.
 No wiec byl piekny, choc maly i skromny slub. Milosc, i ze cie nie opuszcze, wynajecie mieszkania. A pozniej powrocil guz w nodze, przerzuty i znowu walka. Silny organizm chlopaka wytrzymywal wiele, psychika zaczela sie lamac. Rozpacz, stopniowe tracenie nadzieji, wagi i sil oraz zlosc dziewczyny, ze jej ukochany zaczyna sie poddawac. Zaczela zajadac stres i w kilka miesiecy byla nie do poznania.
 A pozniej przyszlo CIERPIENIE, o jakim sobie inni nie moga wyobrazic. Cos nie do objecia ludzkim umyslem. Cierpienie nekalo chlopaka tak, ze juz zadne leki nie pomagaly, a nic mocniejszego, niz morfina nie wymyslono. Garscie morfiny. Dziewczyna i rodzina chlopaka tracila zmysly z bezsilnosci, a w momencie kulminacyjnym ona pomyslala : "Moj Boze, albo go uzdrow albo go zabierz do Siebie, bo juz tego wszyscy nie wytrzymamy". Chlopak zmarl kilka godzin pozniej, odwiedzac jeszcze w snie swoja ukochana zone i przekazujac jej wazna wiadomosc. Miesiac pozniej bylaby ich pierwsza rocznica slubu. To bylo prawie dokladnie 5 lat temu...
 Chlopak mial 26 lat jak zmarl. Dziewczyna 22. Ta dziewczyna to ja...

8 komentarzy:

  1. Ivett, nie umiem sobie wyobrazić jak to przeżyłaś. Tym bardziej, że w jakiś sposób Cię znam, czytam tu i ówdzie i lubię bardzo. Ściskam Cię :* Jesteś niesamowita, dzielna, cudowna.

    OdpowiedzUsuń
  2. nie wiem co napisać....przepięknie to napisałaś...pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzieki dziewczyny:) Ciezka historia do uswiadomienia i pewnie czytania, ale to wlasnie zycie...A ja chce pielegnowac w sobie pamiec o Nim, bo o takich ludziach nie powinno sie zapominac...

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochana, wsłosy stanęły mi na głowie i na rękach, pociekły łzy. Przytulam, ściskam, trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezu. Ivett tak mi strasznie przykro. Tak przykro.

    OdpowiedzUsuń
  6. dzielna jestes, dobrze wiem co przeszlas moj tato byl chory na raka kosci, niestety tez przegralismy ta walke:(
    przytulam:*

    OdpowiedzUsuń
  7. brak słów, ale pięknie to napisałaś

    OdpowiedzUsuń
  8. Długo się zbierałam by przeczytać ten post...
    Nie wiem co napisać.
    Wiem co to stracić kogoś przez raka, ale nie wyobrażam sobie stracić męża.
    Prawie mnie to spotkał dlatego jestem w stanie od roku,w jakim jestem.
    Jesteś silna.
    Cudowna.

    OdpowiedzUsuń