Moje przezycia nie sprawily, ze stalam sie nagle kims wyjatkowym, uszlachetnionym, z wiecznie zatroskana mina "cierpiacego za miliony". Ale jednak zmienily mnie na tyle, ze po tym wydarzeniu nic nie bylo i nie bedzie takie samo w moim zyciu. Przewartosciowalam co sie dalo i ustawilam swoje priorytety. Przestalam sie tak przejmowac sprawami, ktore mialy malo istotny wplyw na moje zycie.
Stalam sie silniejsza i samodzielniejsza. W okresie Po... okazalo sie na kogo moge tak naprawde liczyc i kto okazal sie prawdziwym przyjacielem. Bo przezyc i poradzic sobie w okresie Po... - to dopiero wyzwanie! Czesc osob unikala i mnie i tematu smierci. Nie mam do nich o to zalu, bo to sa sprawy bardzo ciezkie do zrozumienia dla kogos kto ich nie przezyl, albo kto ma slabo rozwinieta empatie. A znowu okazalo sie, ze osoby, po ktorych bym sie tego nie spodziewala, daly mi bardzo wiele wsparcia.
Za to moje poczucie empatii rozwinelo sie ogromnie. Wspolczuje strasznie kazdemu kto stracil bliska osobe, czy boryka sie z problemem nieuleczalnej choroby. Nie zapomne jak spotkalam rok po smierci pierwszego meza kolezanke z bylej pracy (takze jego kolezanke): chuda, blada, w chustce na glowie i brakami w uzebieniu. Miala chloniaka. Rozplakalam sie na srodku ulicy, a ona przytulala mnie i mowila "Mirka, no co ty! Wszystko jest ok. Ja daje sobie rade. Naprawde". A ja myslalam o tym, co musi przechodzic i o tym, jak juz miala ciezkie zycie przed choroba. Ale to ona pocieszala mnie...
Przeszlam wszystkie etapy zaloby i zajelo mi to rok. Wspomagana przez pol roku farmakologicznie trwalam w stanie smutku i otepienia, ale gdy stwierdzilam, ze chyba jestem gotowa przezywac znowu emocje, i te dobre i te zle, lekarka stwierdzila, ze moge odstawic tabletki. Od tego czasu jakos nie ufam ludziom, ktorzy nie potrafia okazywac emocji (albo np sa pernamentnie szczesliwi)...
Mieszkalam sama, mialam stala prace, no i...poczulam sie samotna. Pierwszy maz powtarzal, ze nie chcialby abym byla sama po jego smierci. Wiedzialam, ze chcialby zebym byla szczesliwa. Ja tez bylam gotowa na nowa milosc, nowe zycie i stad ten pomysl o chrzescijanskim portalu randkowym. Ludzmi i ich gadaniem jakos sie nie przejmowalam. Reszte historii juz mniej wiecej znacie...:)




dzielna kobieta z Ciebie. Zycze wszystkiego naj!
OdpowiedzUsuńjesteś wielka. Cierpienie często wyzwala w ns w końcu empatię. Dla mnie takim momentem była strata dziecka
OdpowiedzUsuńStraszne jest to, że "cierpienie uszlachetnia" :(. I niestety dopiero po stracie potrafimy przewartościować swój świat.
OdpowiedzUsuńBardzo się Ciesze, że potrafiłaś "stworzyć" swój świat od nowa :).
Tez sie ciesze, ze potrafilam z tego wyjsc z tarcza, a nie na, bo wiem jak latwo sie w takich sytuacjach pogubic i pojsc "latwa droga", pograzyc sie w rozpaczy. Kusila ta strona, ale wolalam ta jasniejsza, gdzie "a moze jeszcze cos dobrego mnie czeka"...Nie pomylilam sie:)
OdpowiedzUsuńoj niesamowicie piszesz. Dokładnie opisałaś to co czuje i co się dzieje z człowiekiem po stracie bliskiej osoby. Wiem bo sama przez to przeszłam i choć minęły już /albo dopiero/ cztery lata codziennie zadaje sobie pytanie: dlaczego? Kiedyś słyszałam,że taka jest psychologia człowieka - obchodzenie żałoby: Pierwsze 6 miesięcy niekończący się koszmar, a po roku na nowo odnajdowanie siebie. A później jak wybierzesz "tą dobrą drogę" zaczynasz być szczęśliwsza, bo cieszysz się z tego co masz i nie przejmujesz się błahostkami. pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuń