czwartek, 27 czerwca 2013

Roznice kulturowe

 Im dluzej mieszkam w Anglii, tym mniejsza mam ochote na powrot do Polski. I to nie tylko z powodow ekonomicznych, ale chyba przede wszystkim kulturowych. Odzwyczailam sie na przyklad od pyskowek w urzedach, placowkach etc. Od wyklocania sie o swoje racje. Z prostego powodu - nie musze tego robic... Wizyta jest na umowiona na okreslona godzine i choc u lekarza zdarza mi sie wchodzic pozniej, to nie czekam dluzej niz pol godziny. Wiekszosc spraw urzedowych natomiast zalatwiamy listownie (tak jak angielski paszport Adasia), telefonicznie lub przez internet.
 Slyszalam zarzut ze strony niektorych Polakow w UK, ze nie lubia Anglikow za to, ze ich uprzejmosc i zainteresowanie drugim jest nieszczere i na pokaz. Szczerze? Wole wymuszona i na pokaz uprzejmosc, pomoc i zainteresowanie, niz polskie hamstwo, nachalne zainteresowanie innymi, wtracanie sie osob obcych do naszego zycia.
 Miejscowosc w ktorej mieszkam, jest specyficznym miejscem, gdzie mieszkaja specyficzni ludzie. A konkretnie? Wiekszosc mieszkancow to bialoskorzy Anglicy, ktorzy zyja na poziomie przecietnym, wyzszym niz przecietnym lub sa po prostu bardzo, bardzo bogaci. Sa tez i Polacy oczywiscie, ale w porownaniu do Watford, gdzie wczesniej mieszkalam, jest ich niewielu. Poznalam kilka polskich kolezanek, ktore sie roznia od siebie charakterem, ale zyja podobnie jak ja, czyli spokojnie i rodzinnie.
 Sielsko mi sie tu mieszka i milo. Mam milych sasiadow, blisko do parku i miasta. Jedyny problem mam z sasiadem z osiedla - Polakiem, ktory srednio dwa razy w tygodniu urzadza sobie libacje pod naszym domem wraz z kumplami, jest wtedy glosny, agresywny i towarzyszy mu przy tym 8-letni syn, do ktorego sie zwraca slowami typu "No i czego napier....sz!", "Idz k...a pobiegaj albo cos". Sasiedzi - Anglicy chyba sie go boja (bo ma ze 2 metry i 200kg zywej wagi) i dlatego nikt jeszcze nie zglosil go na policje. Mysle, ze wkrotce to ja bede musiala sie na ten krok zdecydowac...
 Te rozmyslania na temat roznic kulturowych i tego, ze juz prawie zapomnialam jak to bylo gdy mieszkalam w Polsce i z czym spotykalam sie na co dzien, zaczely sie od rozmowy z kolezanka. M jest mama najlepszego kumpla Adasia, jest miedzy chlopakami tylko miesiac roznicy. Tydzien temu leciala na wakacje do Polski sama z dzieckiem. Ogarniajac papiery, torby i malego probowala kupic wode i sok dla dziecka. 2 - latek oczywiscie chcial cos tam juz, natychmiast, a gdy nie dostal zaczal rzucac sie na podlodze, wrzeszczac i placzac. M wziela malego pod pachy, a gdy sie uspokoil tlumaczyla mu spokojnie: "Bardzo brzydko sie zachowales, mama jest teraz bardzo smutna, bo nie lubi jak tak robisz." i w ten desen.
 Nagle podchodzi do niej inny Polak (lotnisko w Londynie) i mowi: " Moja mama tez mi tak mowila jak bylem maly, a teraz jej nienawidze i z nia nie rozmawiam." W M sie zagotowalo. Po pierwsze, ze koles byl na tyle bezczelny, zeby sie wtracac i zwrocic jej uwage, po drugie w takiej sytuacji, gdzie ledwo zyla i ogarniala, po trzecie no wydawalo jej sie (i mi rowniez), ze nie zrobila niczego zlego.
 Gdy znowu zobaczyla kolesia zapytala czy ma dzieci. Z kpiacym usmieszkiem odpowiedzial, ze trojke. Zapytala wiec, co jego zdaniem niby powinna zrobic w tej sytuacji ("Zostawic malego, zeby sie wykrzyczal?"). On jej na to, ze kazdy robi to, co uwaza za sluszne (!). Rece jej opadly i tylko dodala "Zeby kiedys pana dzieci nie powiedzialy panu, ze pana nienawidza"...
 Mnie tez wszystko opadlo po uslyszeniu tej historii. Ja wiem, ze w Polsce nagminnie zdarza sie, ze ktos obcy mowi nam co robic, a co nie, zwraca uwage i krytykuje (o czym pisala na przyklad Agnieszka http://dzieciowo-nam.blogspot.co.uk/2013/06/nie-oceniaj.html ). Mi sie to ze strony innych narodowosci nigdy nie zdarzylo, nigdy tez nie bylam swiadkiem takiej sceny z udzialem obcokrajowcow. Zdarza mi sie za to na co dzien, ze z usmiechem przypadkowi ludzie mowia mi "Hello! How are you?", "Thank you!", "Bye, bye!", pytaja uprzejmie o Adasia, pomagaja mi z wozkiem, zakupami czy przytrzymuja drzwi. CODZIENNIE.
 Czy musze dodawac, ze M lecacej z dzieckiem do Polski z innymi Polakami, nikt nie pomogl z torba, gdy widzial, ze ledwo daje rade utrzymac malego i prawie spadla ze schodow? Dodatkowo jeszcze popychali i tracali, bo przeciez kto pierwszy ten lepszy, a ona ma co chciala...Staram sie oczywiscie nie generalizowac, ze wszyscy Polacy sa tacy sami, bo mam nadzieje, ze nie sa, ale wlasnie...nie wyobrazam juz sobie mieszkania w kraju, gdzie wiekszosci ludzi zdecydowanie daleko do kulturalnych Anglikow (ktorzy przeciez nie sa idealni)...

13 komentarzy:

  1. po siedmiu latach na wyspie,potwierdzam....przepaść :/

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja uwielbiam ta sztuczna, angielska uprzejmość, bo przynajmniej wiadomo, ze na miły gest ktoś ci podziekuje lub usmiechnie sie. Lubie isc ulica i usmiechnac sie czasem do nieznajomej osoby, bo akurat mam dobry humor i wiem, ze ta osoba odpowie mi tym samym. W Polsce za przypuszczenie w głupiej kolejce nikt Ci nie podziekuje, a nawet nie usmiechnie, a o pomocy np. przy wniesieniu wózka do autobusu nie ma co liczyć (jestem teraz na wakacjach w Polsce;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez lubie! I nawet jak mam zly humor, to gdy kilka obcych ludzi na ulicy usmiechnie sie do mnie, to mimo woli nawet czlowiekowi jest lepiej na duszy, a moj usmiech z nieszczerego staje sie szczery. Swiat staje sie piekniejszy i znikaja gdzies powody do narzekania.

      Usuń
  3. Podpisuję się pod tym postem rękami i nogami;)
    Akurat u siebie pisałam na podobny temat, ale bardziej o podejściu ludzi mijanych na spacerach;)
    Mi też nigdy w Ie nie zdarzyła się sytuacja, żeby przy kryzysie Adrianka ktoś w taki sposób podszedł, raczej zdarzały się słowa typu(po pytaniu ile ma lat)"Oooo to ten trudny wiek, nasze dzieci też tak miały, ale zobaczysz, że szybko z tego wyrośnie". Bez ironii, osądzania i kręcenia głową...
    A Twojej koleżance Syn na pewno nie powie, że Jej nienawidzi, bo nie będzie miał do tego podstaw=]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak piszesz - jesli sa komentarze to uprzejme, ludzie usmiechaja sie ze zrozumieniem gdy maly ma atak szalu, bo wiedza, ze to normalne. Nie czuje sie przy tym jak wyrodna matka, ktora sobie nie radzi...

      Usuń
  4. Absolutnie się z Tobą zgadzam... i choć mieszkałam tylko 4 miesiące w Anglii zakochałam się właśnie w tamtejszej mentalności i uprzejmości... i też chcę tam mieszkać na stałe, już niedługo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale sie nie dziwie. Mi wiecej czasu zajelo pokochanie Anglii, ale teraz to juz dla mnie druga ojczyzna...

      Usuń
  5. Wydaje mi się, że to jest po prostu polska mentalność i obojętnie gdzie jesteśmy to wychodzi. U jednych bardziej, u innych mniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, sloma z butow nawet najbogatszemu potrafi wyjsc...

      Usuń
  6. oh podpisuję się pod tym nogami i rękami:))
    i jeszcze pani w Asdzie się pyta czy pomóc Ci pakować i nie zaczyna obsługiwać kolejnego klienta zanim nie odejdziesz i jeszcze Ci podziękuję i życzy milego dnia!

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja Wam współczuję, że w Polsce żyłyście w jakichś chyba ciemnogrodach - ja mieszkam w Polsce i właśnie życzliwość i uśmiech to jest to, czego jest w moim miasteczku naprawdę bardzo duzo:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesli Gdansk czy Katowice to ciemnogrod, to juz nie wiem co nim nie jest...W kazdym badz razie gratuluje mieszkania w zyczliwym miejscu :)

      Usuń