Urodzilam sie z bardzo wazna cecha, dzieki ktorej, mowiac wsprost, jeszcze zyje i jakos funkcjonuje na tym swiecie. Ceche ta wypracowywalam i doksztalcalam przez cale swoje dotychczasowe zycie i takiej cechy szukam tez u innych, bo wiem, ze z takimi ludzmi lepiej sie funkcjonuje. Po tytule mozna sie domyslic, ze chodzi mi o zdrowy dystans (bo zdystansowanie moze sie przerodzic w depresje, ale ja nie o tym dzisiaj).
W codziennym zyciu dystans pozwala mi sie skupiac na rzeczach, sprawach najwazniejszych, a nie przejmowac sie pierdolami. Gdy na przyklad slyszac pytanie "Chyba ci sie ostatnio przytylo", odpowiadam "Kazdego dnia mam coraz wiecej rzeczy w d...e, co niestety widac ;)" (zapozyczone z filmu "Lejdis"), a po wspolnym smiechu widze szacunek w oczach drugiej osoby (ktora powiedzmy siebie szczerze, chciala zwyczajnie dopiec).
I nie jest to gra aktorska, "dobra mina do zlej gry". Ja naprawde mam to gdzies, co ktos mysli na temat mojej wagi, bo wiem, ze wszystkie kobiety maja z tym problemy, a co po tracic cenna energie na przejmowanie sie akurat rzecza tak niestabilna i nieprzewidywalna. Umowmy sie, nigdy nie bede szczupla jak lania, skoro kazdego dnia przegrywam z ochota na pieczywo i czekolade, a do cwiczen mam baaardzo leniwy stosunek. I wole miec te kilka nadprogramowych kilogramow, niz rezygnowac z tych drobnych przyjemnosci na zawsze.
Zdrowe podejscie (jak inaczej nazywany jest dystans) dziala tez w druga strone. Gdy przychodzi do Ciebie dobra kolezanka z baaaardzo nietwarzowa (delikatnie ujmujac) fryzura, mowisz jej wprost, ze chyba byla w salonie dla psow i razem zasmiewacie sie do lez, a na drugi dzien zabierasz kolezanke do sprawdzonego fryzjera na delikatna poprawke. Bo to zasadnicza roznica smianie sie z kogos, a smianie sie z kims...
Uwazam, ze mistrzostwo w dystansie osiagnal moj pierwszy maz i on mnie wiele nauczyl. To on byl tym, ktory wiele rzeczy i spraw potrafil obsmiac. Jak chocby to, ze gdy po chemioterapii wypadly mu wlosy mowil, ze ma w koncu "swiety spokoj z fryzjerem, do ktorego musial chodzic co miesiac", albo gdy po naswietlaniach zablokowaly mu sie wezly chlonne tak, ze jak sam to nazywal "jadra mial wielkosci kokosow".
To on byl tym, ktory opowiadal kawaly z "broda" po raz setny i zasmiewal sie z nich najglosniej. Potrafil w wielu ciezkich sytuacjach wciaz miec dobry humor. I wiecie, ze to wielu oburzalo? No tak, bo jak tak mozna! Przeciez najlepiej, zeby siedzial ze swoja choroba i cierpieniem w domu z depresja, placzem a nie epatowal swoja choroba i wizja bliskiej smierci innych, ktorzy sobie spokojnie i nieswiadomie do tej pory zyli (niestety sa tacy ludzie i ani mi sie nie chce zglebiac nad ta glupota ludzka i jej lekami).
To nie tak, ze on sie nieczym nie przejmowal, nie bal sie. On sie strasznie bal (o czym mi mowil, a co zreszta sama wiedzialam), strasznie cierpial i wszystkim przejmowal. Najbardziej chyba nawet nami - rodzina, ukochanymi ludzmi. Tylko, ze gdyby tracil sily na uzalanie sie nad soba, jego walka z choroba trwalaby o wiele, wiele krocej.
A kiedy mnie dystans uratowal? A na przyklad wtedy, gdy po jego smierci znajomi wyciagali mnie na piwo, a ja wolalam isc z nimi, niz medytowac nad pudelkiem psychotropow z myslami "byc albo nie byc". Wolalam wlasnie dystansem walczyc z gleboka pustka, cierpieniem i osamotnieniem, niz poddawac sie depresji. A i tak Ci, ktorzy pierwsi skladali mi kondolencje, pozniej obgadywali, ze chyba za malo kochalam, cierpialam, przezywalam, skoro nie siedze z depresja i smutna mina w domu. I w tym momencie nie bede sie roztkliwiac nad nieswiadomoscia tych ludzi, bo moze i ich ta swiadomosc kiedys dotknie (czego tak na dobra sprawe nikomu nie zycze).
Wiec jak to jest, ze potrafie z usmiechem nawet poruszac tematy tak powazne jak smierc, cierpienie i rak? Bo ten usmiech to nie jest kpiacy usmieszek. To swiadomy usmiech zrozumienia i empatii. Ale jak ktos dobrze by sie przygladnal, to znalazlby w oczach takze lzy - smutku, melancholii, ale i wspolczucia. I tego wlasnie nie da sie przekazac przez internet...
Ps. A jesli ktos jest ciekawy dlaczego nie boje sie smierci, majac pewnosc, ze "to nie koniec". Zapraszam na prywatna rozmowe. Ale tylko ludzi z dystansem:)




Świetny post !
OdpowiedzUsuńMasz tak jak ja. Trzeba mieć do siebie dystans, b o inaczej zatrujemy całe swoje życie zamartwianiem się.
Zazdroszczę tego dystansu. Mnie stanowczo go brakuje.
OdpowiedzUsuńUwielbiam ludzi z dystansem więc może już nie będę Pisać, że właśnie Ciebie też :*
OdpowiedzUsuńDystans, to cecha która nie trzymała się mnie nigdy. Niestety. Z tego też powodu mam bzika na punkcie swoich (jak i bliskich) niedoskonałości. Ale to może kiedyś opiszę u siebie...
OdpowiedzUsuńSą ludzi silni i empatyczni jak Ty, ale dla równowagi muszą się znaleźć ludzie słabi, którzy dystans znają tylko z książek/komiksów o bohaterach.
Swoją drogą sama nie otaczam się "ludźmi z dystansem". Dałaś mi dużo do myślenia, pozdrawiam!
Nauka dystansu to ogromna sztuka. Ja też mam do siebie dystans, gdy całe życie słuchałam i słucham wciąż jak byłam rozdartym dzieckiem to ile można się tym przejmować? Wszystkich dziwi, że moja Córka jest taka spokojna. Gdybym nie miała dystansu pewnie byłaby Lenka bardziej problematyczna. Uczę ją również dystansu a uśmiech to podstawa. Nie robię tragedii i nie sieje paniki gdy coś zbroi, bo nie chcę by czuła strach przed nabrojeniem lub chciała zwracać na siebie uwagę w ten sposób.
OdpowiedzUsuńCiszę się, że Ciebie poznałam i z wielką ochotą usiadłabym z Tobą przy dobrej herbacie/kawie i przegadała nie jedną noc ;)
I miedzy innymi za ten dystans zakochałam się w Twoim blogu od pierwszego przeczytania ;P
OdpowiedzUsuńzdrowo!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuń