Ledwo co tydzien minal od przeprowadzki, a juz w ta sobote znowu lecimy na wakacje do Polski. Tym razem Pomorze i rodzina meza. Przy okazji odprawimy Adasiowi huczna impreze urodzinowa i bedzie pieknie:) Mam tylko nadzieje, ze pogoda dopisze :p
Wiem, ze w Polsce upaly, ale tutaj od kilku tygodni zimno i pada. W kalosze w panterke musialam sobe zainwestowac i musze przyznac, ze nawet wygodne sa ;p Jobla juz dostac mozna od tej pogody, szczegolnie, ze przez kilka dni nawet nie moglam sie z Adasiem ruszyc z domu, zeby pozwiedzac nowa okolice...Przede wszystkim musze go zarejestrowac do przychodni, bo przed nim roczkowa wizyta, polaczona ze szczepieniem. O majn gat, matce znowu serce peknie, ale trzeba to jakos przezyc. Szczegolnie, ze miesiac pozniej znowu czeka nas to samo:/
W nowym mieszkaniu odzylam. Mimo, ze wieksze = wiecej sprzatania :p Jest jasne, cieple i przestronne. Sasiadow mamy w miare milych i spokojnych (poza Polakami pod nami, ktorzy zrobili sobie huczna impre w dniu, kiedy akurat sie wprowadzilismy i lecialy tam tylko k... i h...). Podobno mieszka na tym osiedlu duzo Polakow (bo tanio?), ale na sile nie bede sie zaprzyjazniac. Poki co poznalam mila Hinduske i starsza Angielke z naprzeciwka:)
Przede wszystkim mam meza wiecej w domu, bo do pracy jedzie raptem pol godziny pociagiem, a nie dwie, jak wczesniej. Mielismy ostatnio napiete dni. Chyba za duzo sie nazbieralo takich pierdol o wszystko, a do tego zmeczenie zwiazane z przeprowadzka. A moze to nie pierdoly, ale cos glebszego? Nie wiem, ale czuje, ze bardzo sie zmienilam od jakiegos czasu. To nie tylko z powodu urodzenia dzidzi. Moze czas w koncu przyznac sie przed soba i mezem, ze to moze byc powazniejszy problem?
Tak, nie wykluczam depresji, bo jej objawy zauwazam u siebie. Ale patrzac na swoje zycie widze, ze po prostu wiele zmian mnie spotkalo. Nie mam w Anglii rodziny, przyjaciol. Cale dnie spedzam teraz tylko z Adasiem i zajmujac sie domem. Nie mam pracy do ktorej moglabym wrocic, ani poki co, zadnej na horyzoncie. Znowu zmienilam miejsce zamieszkania i w zwiazku z tym musze zapoznac sie z okolica i wiedziec gdzie, co i jak.
Poza tym przechodze kryzys osobowosci, bo nie mam juz tak naprawde zadnej pasji, a ciagle mysle czy zawod wyuczony to jest to...Wiem, ze wielu emigrantow (i nie tylko) boryka sie z takimi problemami. Wiem, ze to nie tyczy tylko swiezo upieczonych mam. Wiem, ze moje dzisiejsze zycie to skutek moich wyborow, wiec dlaczego nie jestem szczesliwa?
Juz zapomnialam jak to jest cieszyc sie z kazdej pierdoly. Nawet wszystko co jem smakuje mi tak samo. Wiem, ze znowu nadszedl czas na odnalezienie siebie i swojej drogi do szczescia. Nie bede sciemniac, ze macierzynstwo daje mi absolutne spelnienie i radosc. Owszem, to bylo moje marzenie i kocham mojego synka nad zycie. Staram sie byc dla niego najlepsza mama na swiecie i kazdego dnia daje mi mnostwo szczescia, radosci, wruszen i czulosci, ale chodzi mi o ta radosc, ktora wychodzi jakby od nas. Ktora sprawia, ze uszczesliwiamy siebie i innych dzieki temu...
Ze swojego dziecinstwa pamietam, ze macierzynstwo = absolutne oddanie rodzienie i mezowi, a gdy dzieci dorastaja praca, ale wylacznie zarobkowa, aby rodzina jako tako miala za co zyc. Ja tak nie chce, bo czy nasze mamy byly szczesliwe? No te, ktore ja poznalam nie za bardzo. A osiedle mielismy duze i nasze lata dziecinstwa to byl baby boom. Matki umeczone z kilkorgiem dzieci, mezowie przed blokami na lawkach piwkuja. Czasy sie zmienily, ale swiadomosc bardzo czesto nie.
Jak mamy zyc nowoczesnie, jesli nikt nam takiego przykladu wczesniej nie dal? Na emigracji widze jak wiele jest mozliwosci, ale to nasze bariery wewnetrzne nas trzymaja w miejscu. Eh....Sorki znowu sie rozpedzilam ze swoimi pogladami, ale jak wylewam zale i zapisuje je, to latwiej mi to wszystko zrozumiec. Pamietniki, a teraz blogi sa forma wyrazu, ktora pomaga nam m.in. w poznawaniu siebie.
Byc moze jestem troche ekshibicjonistka obnazajac tak siebie i swoje uczucia, ale nie chce pisac bloga po to, zeby nakladac lukier na swoje zycie i pokazywac innym jaka to ja nie jestem zajebista i nie mam zajefajnego zycia. Bo to nie jest prawdziwy swiat, ale wirtualny. Swiat Simsow, w ktorym sami kreujemy swoja rzeczywistosc...




prawda jest taka ze napisalas naprawde niewiele na temat tego co tu przezywamy: samotnosc. jestesmy obarczone obowiazkami a ilosc naszych przyjemnosci rowna sie zeru. no chyba ze masz kolezanki i wyrozumialego meza i kase aby poszalec w weekend: shoping impreza czy zwykle kino. z dala od dziecka.
OdpowiedzUsuńja siedze caly czas w domu. rozrywkuje sie charity shopami. czuje sie zalosnie i nie potrafie nobilitowac macierzynstwa na obczyznie.
jedyne co ono mi przynioslo to jako taka dojrzalosc - wsrod swoich w PL dojrzewalabym jeszcze dluzej (jestem ddtr)
heh
pozdr x
Juz wczesniej pisalam o samotnosci:) To tez moj glowny problem. Moj maz duzo pracuje, czasem tez w sobote, a poza tym w weekendy sprzatanie, zakupy itp. Tez nie mam szans na samotne wyjscie z domu. Dzisiaj bylam u fryzjera i nawet tam musialam trzymac malego na kolanach, bo marmolil w wozku:p
UsuńPozdrawiam serdecznie:)
o rety :-( ja u fryzjera (w sumie to do mnie do domu przychodzi - Polka, ale zawsze) nie bylam juz od.. pol roku?? albo dłużej..
OdpowiedzUsuńogolnie zarastam. heh