To ja :) Ktokolwiek by nas nie odwiedzil, predzej, czy pozniej powie "tu, u was to spokoj jak na wsi". I to prawda :) Nasz uroczy dom-blizniak (nie ma wilgoci i plesni jupijej!) znajduje sie w takiej czesci miasteczka, ze choc blisko do centrum, to jednak otoczeni jestesmy samymi domami i mnostwem zieleni. Miejscowosc, w ktorej mieszkamy nazywam "Jezynowym miasteczkiem", bo krzewy tej jagody mozna spotkac doslownie na kazdym kroku.
Czasem czuje sie, jak pani z przedmiesc lub inna desperate housewife. Sasiadow prawie wcale nie widuje (a tych co poznalam sa bardzo mili), po drodze (ktora jest ladna i zielona sciezka) do Adasia przedszkola mijam ludzi z psami, dzieci idace do szkoly lub inne mamy odprowadzajace swoje mlodsze pociechy. Mijamy tez przyszla szkole Adasia, ktora znajduje sie jakies 10 min. spacerkiem od domu, a do ktorej pojdzie juz za niecaly rok!
Wlasciciel mieszkania to Anglik wysokiej kultury, bardzo sypatyczny i uczciwy, a do tego nieuprzedzony skoro mimo wielu chetnych wybral rodzine Polakow z trojka dzieci :) Zdziwilam sie, ze odkad tu mieszkam tylko raz uslyszalam na ulicy polska rozmowe! 90% mieszkancow to biali Anglicy, ale nigdy nie poczulam sie tu w zaden sposob dyskryminowana.
Mieszkamy tu od czerwca, a ja czuje sie jakby minely dlugie miesiace. Mam ulubione sklepy, przychodnie, biblioteke (gdzie Adas jest juz stalym bywalcem), park i przede wszystkim...znajomych! W lipcu poznalam na placu zabaw mame 4-letniego chlopca i 5-miesiecznych wtedy blizniat (tez chlopcy). Podeszla, zagadala i zaprosila mnie na spotkanie klubu mam blizniat :) Adas zaprzyjaznil sie z jej synem, odwiedzamy sie czasem w swoich domach (okazalo sie, ze mieszkamy 5 min. od siebie) i spotykamy co piatek z innymi mamami blizniat :)
Jest nas w sumie 9 mam i kazda z nas ma jeszcze starsze dziecko! (Jedna z najmlodszymi blizniakami ma w sumie 4 synow). Spotkania z mamami, ktore sa w takiej samej sytuacji jak ja, pomogly mi sie tu zaaklimatyzowac bardzo szybko. Wspolne problemy i sprawy lacza nas i sprawiaja, ze czujemy bedac czescia takiej wspolnoty czujemy sie rozumiane i mniej samotne. Bo jak ciezko bylo tak jest i w tej kwestii sie juz raczej nie zmieni.
Gdziekolwiek nie pojde, wzbudzam sensacje, ale w pozytywnym tego slowa znaczeniu. Powtarza sie oczywiscie pytanie: "To bliznieta?", ale zwykle slysze slowa podziwu, otuchy i cieplych slow. Po poczatkowym dole i kilku naprawde slabszych dni zwiazanych z przeprowadzka, znowu nabralam wiatru w zagle i mimo zmeczenia, pelna jestem poztywnych mysli i uczuc...




Och, to wspaniałe mieć obok takie osoby. ;) Mi niestety brakuje choć jednej takiej osoby, a samotne spacery czasem są wręcz karą a nie przyjemnością.
OdpowiedzUsuńDobrze mieć wokół siebie ludzi którzy idą tą samą ścieżką :))) Zawsze łatwiej i weselej :)
OdpowiedzUsuń