Chcialabym napisac, ze smierc Ani Przybylskiej mna wstrzasnela...Ale nie moge...Zasmucila mnie, przywolala przykre wspomnienia, ale nie wstrzasnela. Wstrzasnela mna za to wiadomosc o jej lekarzu, ktorego zalala fala krytyki, pozwow i donosow za to, ze osmielil sie powiedziec, ze umierajacy na raka wyja z bolu.
Umierajacy na raka nie tylko wyja z bolu, mimo lykania garsci tabletek przeciwbolowych lacznie z morfina. Umierajacy na raka, za przeproszeniem, robia z bolu pod siebie, a ich fekalia sa pelne krwi. Umierajacy na raka chudna tak, ze az mozna by im policzyc kosci. Umierajacy na raka traca zmysly i oddech. Chorzy na raka wymiotuja po chemioterapii, a po naswietlaniach maja poparzona skore. Choroba ta upadla czlowieka i jest pelna tak niewyobrazalnego cierpienia, ze az ciezko go objac umyslem. A sprowadzanie raka, to utraty wlosow i chustki na glowie, to dla mnie szczyt niedojrzalstwa. I wiem to wszystko, i mam prawo sie na ten temat wypowiadac, bo bylam tego wszystkiego naocznym swiadkiem. Bo tak wlasnie umieral moj pierwszy maz. Mial 26 lat, czyli dwa lata mniej, niz ja mam teraz...
Informacja o krytyce tego bogu ducha winnego lekarza wstrzasnela mna i przywolala gleboko zakopane wspomnienia, ktore sa nadal tak samo bolesne. Mimo, ze minelo juz ponad 7 lat... Inna sprawa, ze nie wiem, co w glowie musza miec ludzie piszacy donosy na lekarza, ktory ratuje ludzkie zycia kosztem swojego, a jutro moze leczyc kazdego z was (o ile go nie wywala za zle sformulowana wypowiedz...).
To nie smierc Ani Przybylskiej sprawila, ze zaczelam doceniac zycie. Tylko choroba mojego pierwszego meza. To, jak ja przyjal, to z czym sie musial zmagac, to jak pogodzil sie z tym, ze odejdzie, to jak odszedl (choc nadzieja NAPRAWDE odchodzi ostatnia)... W wieku 26 lat... Wstrzasnal mna widok ilosci chorych w szpitalu w Gliwicach. Wstrzasnelo mna to, gdy pani bedaca w ciazy plakala w poczekalni, bo jej rozwijajace sie w brzuchu dziecko juz mialo raka...
Od 7 lat doceniam kazdy dzien, ktory jest mi dany. Choc, jak kazdemu i mi zdarzaja sie slabsze dni. Doceniam i biore na klate wszystko, co przynosci mi los. Tragiczna smierc taty, ciaza blizniacza, macierzynstwo. Przykre sprawy przeplataja sie z radosnymi. Ale jestem zdrowa. Ale zyje!




Jestes cholernie madra Kobieta....
OdpowiedzUsuńJest w Tobie siła, wielka siła!
OdpowiedzUsuńMądrze napisane i bardzo, bardzo cenne słowa.
OdpowiedzUsuńprawdziwie dojrzały tekst.
OdpowiedzUsuńpodziwiam Twoją siłę!
Wielka racja
OdpowiedzUsuńMirko....
OdpowiedzUsuńJa nie widziałam, nie było mnie przy mamie kiedy była w trakcie leczenia, Nie mogłam być... Z opowiadań jedynie wiem... Nie wyobrażam sobie....
Ja też coś o roku wiem... mój tato miał raka kości... tato się nie skarżył... tylko w jego oczach było cierpienie i ból... najgorsza jest niemoc, bezradność... człowiek w obliczu choroby jest taki malutki...
OdpowiedzUsuńLudzi tak wiele zła dotyka a i tak się nie potrafią opamiętać, wytrzeźwieć ... ja nie mam sił na szarpania i nie ptrafię ogarnąc nienawiści, złości, intrygi... przecież i tak każdego z nas trafi szlak!