poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Odwaga

 Ostatnio zaslyszana historia 4-letniego Danielka, wstrzasnela nie tylko Wielka Brytania, gdzie sie wszystko wydarzylo, ale tez Polska, skad pochodzi rodzina. Nie chce tu rozstrzasac tego tematu, gdyz jest niezmiernie przygnebiajacy i wscieklosc czlowieka bierze, ze nikomu nie udalo sie pomoc maluchowi. Ja chcialbym sie zajac inna sprawa. Czy, gdybyscie widzieli, ze jakiemukolwiek sasiadowi, czlowiekowi, czy dziecku, ktorego znacie dzieje sie krzywda, mielibyscie odwage zareagowac? Pomoc? Zglosic sprawe do odpowiednich sluzb? I nie mowie tu o anonimowych komentarzach w internecie, gdzie np jedna matka drugiej matce mowi jak ma zyc, mowie o sytuacjach w waszym codziennym zyciu. Bo psioczyc na wiadomosci i mowic, co to by nie zrobil kazdy potrafi...
 Zdaje sobie sprawe, ze nie kazdy ma w sobie taka odwage, taka odpowiedzialnosc spoleczna w sobie, ale pamietajcie, ze kazda, nawet anonimowa informacja, moze komus pomoc, a nawet ocalic zycie...
 W zyciu wiele razy slyszalam opinie, ze jestem odwazna w wielu sytuacjach. Ale moja odwaga nie wynika z bezczelnosci, ale z czegos zupelnie innego - duzej wrazliwosci i empatii, ktora w sobie nosze. Nie moge przejsc obojetnie wobec cierpienia ludzkiego, zawsze sprawdze, czy lezacy czlowiek dobrze sie czuje, czy nie trzeba pomoc starszemu czlowiekowi trzymajacemu sie za klatke piersiowa, czy placzace w sklepie dziecko wie, gdzie sa jego rodzice. Nie licze na medal, po prostu nie moglabym spac w nocy, gdybym nie zareagowala. Wyrzuty sumienia by mnie wykonczyly...
 Wyrzuty sumienia dreczyly mnie przez ostatni rok, bo bylam swiadkiem roznych sytuacji zwiazanych z pewnymi sasiadami - Polakami. Upodobali oni sobie moich sasiadow z dolu na towarzyszy imprez, ktore odbywaly sie (takze pod moimi oknami), czasami kilka razy w tygodniu, do poznych godzin nocnych. I chalas, przeklenstwa, darcie japy (ze sie tak delikatnie wyraze), zamiast rozmow, publiczne picie przede wszystkim wodki, nie bylyby AZ TAK dobijajace, gdyby nie fakt, ze w tym wszystkim bral udzial ok. 8-letni syn tych ludzi.
 Dziecko nie jest brudne, zaniedbane, ale jest agresywne, przeklina i zachowuje sie tak samo jak jego ojciec. Nigdy, powtarzam, nigdy nie widzialam go w pobliskim parku z rodzicami, w ktorym ja jestem z malym prawie codziennie. A mieszkam tu od roku. Jego ulubionym zajeciem jest samotne bieganie z badylem na osiedlu niszczac przy okazji elewacje, lub kopanie pilka w sciane. Tyle miedzy innymi zdazylam zaobserwowac.
 Moje wyrzuty sumienia byly zwiazane miedzy innymi z tym, ze nie zadzwonilam do social service w sytuacjach, gdy ten chlopiec biegal samotnie po osiedlu do poznych godzin nocnych, gdy jego rodzice w tym czasie imprezowali. Ze nie zadzwonilam na policje, gdy pijanstwo odbywalo sie pod naszym blokiem.
 Obawy moje byly zwiazane z tym, ze ten Polak ma ze 2 metry wzrostu, jest gruby, glosny, ale przede wszystkim agresywny, szczegolnie, ze widzialam, jak pobil trzy osoby (w tym dwa razy towarzyszy w piciu) i zaczepial przypadkowych przechodniow. Balam sie o siebie i o swoja rodzine.
 Ale w minionym tygodniu powiedzialam sobie "Basta!". Gdy przez przypadek doszlo do nich, co sadze na temat ich zachowania, doszlo do konfrontacji. Maly spal w domu, a ja wygarnelam im, co mi lezy. Nie mogli zaprzeczyc temu, ze przekazalam kolezance prawdziwe informacje na ich temat (zeby ja ostrzec), wiec jechali w desen: "A co cie to obchodzi?!". Wyjasnilam, ze obchodzi mnie wszystsko, co dzieje sie w poblizu mojego domu, ze obchodzi mnie los kazdego dziecka, uprzedzilam, ze nastepnym razem zadzwonie do odpowiednich sluzb, jesli po raz kolejny zrobia impreze na podworku i bedzie im towarzyszyl syn itd.
 Oni probowali sie glupio tlumaczyc ("Bo Polak musi sobie czasem wypic!"), straszyc mnie ("Jeszcze nie wiesz na co mnie stac!") i atakowac ("Siedzisz w domu i z nudow nadajesz!", "Ja tu mieszkam 5 lat!"), ale to ja wygralam w kontrargumentach.
 Przez 5 lat sasiedzi - obcokrajowcy sie go bali. Nikt nie zadzwonil na policje, bal sie mu cokolwiek powiedziec i ja rozumiem ich obawy. Moze mi sil dodala ciaza, hormony, ta pierwotna sila, ktora kaze matce bronic swojego gniazda, ale faktem jest, ze sie im postawilam i nie zaluje. Od tamtego czasu cisza, wogole juz ich nawet w poblizu mojego bloku nie widze, imprezy sie skonczyly (no chyba, ze robia we wlasnym mieszkaniu, ale ja tego nie widze), zrobilo sie ciszej na osiedlu i bezpieczniej. Sasiedzi gratuluja mi odwagi, a ja jestem silniejsza o kolejne doswiadczenie.
 Czy sie ich boje? Nie. Bo ja nie boje sie wrogow, ktorych znam, ale jedynie falszywych przyjaciol. To sa tak naprawde wielcy tchorze i jakby co, wiem jak sie bronic. I bede sie kazdego dnia starala, zeby w moim otoczeniu nie wydarzyla sie historia podobna do tych ostanio podawanych w wiadomosciach...

6 komentarzy:

  1. Też słyszałam o tym Danielku i beczałam oglądając wiadomości:/ My akurat mieszkamy w niezbyt ciekawej okolicy gdzie młodzież nastoletnia szybko idzie w ślady swoich pijących rodziców. W te wakacje 3x dzwoniliśmy na policję bo tak się awanturowali do nocy, tłukli szkło, kopali po autach, jakby osiedle do nich należało... patrole są u nas częściej ale takie widoki o jakich Ty mówisz - kilkulatki zdane na siebie niestety też się zdarzają:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wlasnie tutaj (przynajmniej w moim miasteczku) to nie jest normalny widok, dlatego takie odbiegajace od normy zachowania od razu rzucaja sie w oczy...

      Usuń
  2. Historia chlopca mna bardzo wstrzasnela... za kazdym razem,kiedy o tym pomysle nie pojmuje jak mozna cos tak okrutnego zrobic wlasnemu dziecku..........
    Za dawnych czasow studenckich dorabialam sobie pracujac na stacji benzynowej, zwykle na nocnych weekendowych zmianach. Pewnej zimowej nocy przyszedl 4-5 letni chlopiec w paputkach bez skarpetek i w pizamce po pol litra wodki.... Z kolezanka postanowilysmy Go nie wypuszczac spowrotem, a On nie protestowal. Zrobilysmy mu herbate, dalysmy jakiegos batona i probowalysmy wyciagac jakies informacje skad sie u nas wzial, gdzie mieszka, gdzie rodzice... Trwalo to ponad godzine....przez ta godzine zaden z rodzicow sie nawet Nim nie zaineteresowal. Udalo nam sie ustalic gdzie mieszka, zadzownilysmy i poinformowalysmy, ze dziecko jest u nas i nie wypuscimy Go poki ktos trzezwy po Niego nie przyjdzie, bo inaczej bedziemy wzywac policje.... Przyszedl. Widok tego zmarznietego chlopczyka bede pamietac chyba do konca zycia.......
    PS. Brawo dla Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym juz w takiej sytuacji jak piszesz od razu zadzwonila na policje. Moze nie od razu po to, zeby komus zabrac dziecko, ale zeby taka rodzina byla pod uwazna kontrola sluzb. Czasami, wedlug mnie, trzeba byc troche bezkompromisowym...

      Usuń
  3. a ja aż z ciekawości poszukałam o co chodzi z tym Danielkiem, bo całkowicie ostatnio jestem wyłączona z życia.

    mi to aż się komentować czasami nie chce takich sytuacji, gdy rodzice tak bardzo zaniedbują dziecko. mi się to w głowie nie mieści, że w cywilizowanym świecie dochodzi do takich sytuacji.
    żal mi biednego dziecka, bo bezbronne, bo nie było nikogo, ani jednej osoby, która by coś zauważyła i zareagowała.

    ale tak jak piszesz, żeby zareagować trzeba być silną osobą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, ze niektorzy boja sie nawet anonimowo reagowac. To mnie wlasnie bardzo smuci :/

      Usuń