Jestem. Zyje. Troche grubsza, troche starsza, troche bardziej przez zycie doswiadczona...Po tak dlugim czasie niepisania, nasuwa sie oczywiste zapytanie: "Od czego by tu zaczac...". Kilka miesiecy spedzonych "w ciemnosci", ale powoli zaczynam zauwazac przebijajace sie przez grube ciemne chmury jasne promienie. Daleko mi do ogolnie przyjetej szczesliwosci, ale staram sie trzymac pion i byle do przodu.
Zeszloroczny wyjazd do Polski sprawil mi chyba wiecej szkody, niz pozytku. Niby ok, niby dobrze, a wrocilam juz jako wrak czlowieka. Czy mialo na to wplyw to, ze przez jakis czas bylam tam sama, w malutkim mieszkanku, z trojka dzieci, ktore chorowaly po kolei (wylatujac maluchy jeszcze mialy strupy po dopiero co skonczonej ospie), czy brak meza obok, brak ladnej pogody, moje ogolne zmeczenie, bo gdy w koncu polozylam dzieci spac, probowalam nadrabiac spotkania ze znajomymi, czy fakt, ze tak starsznie rozczarowalam sie Polska i rzeczywistoscia, ktora tam zastalam? Nie wiem, naprawde...
Faktem jest, ze liczylam na to, ze po kilku latach emigracji zmieni sie cos na lepsze. Na tyle, zebym mogla pomyslec, ze moze kiedys...A patrzac na te moje miasto, czulam sie jakby czas stanal w miejscu. Placac za zakupy dla nas na caly tydzien, zaplacilam tyle, ile zaplacilabym za to samo w Anglii. I trafil mnie taki wkurw, ze malo nie wyszlam z siebie. Bo w UK, stac mnie zeby placic za jedzenie i podstawowe produkty 100 funtow tygodniowo, a gdybym byla matka z trojka dzieci w Polsce, 500zl tygodniowo na zakupy na pewno bym nie miala...Wyjscie do sali zabaw z trojka na godzine - 50 zl, paczka pampersow 50zl (w Anglii kupuje w Aldi i place mniej), leki na przeziebienie 50zl i tak dalej i tak dalej. I tak naprawde chyba najmniej w tym wszystkim chodzi mi o kase. Bardziej o mozliwosci, o to poczucie bezpieczenstwa, ktore jest dla mnie tak bardzo wazne, szczegolnie, gdy sa dzieci...
I tak po tych kilku tygodniach w Polsce, nie moglam sie doczekac powrotu do siebie. Do domu w Anglii. Powrot samolotem ze steskniona za tata trojka byl koszmarem, mimo, ze lecieli ze mna mama i brat. Szczegolnie, ze dzien wczesniej dowiedzialam sie, ze moj maz staracil prace. I zanim dotarlam do domu mial juz nowa, to juz opadlam calkiem z sil...A tydzien pozniej zmywalam na kolanach to, co wyszlo z trojki chorujacych naraz na rotawirusa dzieci, znowu sama, bo maz w pracy do 21 (bo przeciez nie wypada sie urywac wczesniej z pracy, gdy sie ja dopiero dostalo) i chyba to juz byl ten moment, po ktorym ciezko jest sie pozbierac...




U mnie właśnie wyglądają tak wyjazdy do Polski. Jadę tam taka szczęśliwa, stęskniona, z nadzieją, a później dostaję w ryj od pani kasjerki, od ludzi wysiadających z autobusu, od pani urzędniczki, od wścibskich przechodniów, od zazdrosnych znajomych i rodziny, od pani farmaceutki, która śpiewa kolosalne sumy za leki. I chcę wracać szybko do UK. I od razu szybko sobie przypominam dlaczego to ja emigrowałam :/ Smutne to jest. Kurcze nie martw się, dzieci wyrosną z chorób, z nocnego wstawania, wyrosną z wszystkiego i pójdą w świat. Trzymaj się i się nie daj! I pisz.
OdpowiedzUsuńMoze mialam za duze oczekiwania i tak mnie ten pobyt mocno dotknal... Faktem jest, ze nawet nie mialabym sie w co ubrac w Polsce, bo majac rozmiar 42, nie moglam znalezc pasujacych na mnie ubran w sieciowkach i poczulam sie jak cholerny grubas. Nie dziwie, ze dziewczyny w Polsce maja takie parcie na diety. Nie wspominam juz nawet o bieliznie...Na kazdym kroku czulam sie rozczarowana co raz bardziej i bardziej...W kwietniu lece (sama) na kilka dni na slub cywilny brata, ale juz z calkiem innym nastawieniem...
UsuńNajważniejsze, że macie siebie. I że udało Wam się w UK, skoro jest wam tam dobrze, to zostańcie. Bądźcie, tak gdzie żyje wam się lepiej :) Życzę spokojnych i radosnych świąt http://madrzej.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń